Tempera popatrzyła na niego zdziwiona.

knajpy dobiegał głośny hałas, ale na zewnątrz dostrzegli tylko psa
fizyczny. A teraz... teraz była Milla Edge.
Brigu McKenziem są prawdziwe. Cassidy, która z ręcznikiem i radiem szła na basen ścieżką za różaną altanką, omal nie upadła, gdy dotarły do niej słowa siostry. Zdołała jednak złapać równowagę. Przystanęła, żeby Angie i Felicity nie zauważyły jej. Jakie plotki? Wyglądało na to, że na temat Briga McKenziego codziennie pojawia się nowa. Felicity zaśmiała się złośliwie. - Lepiej, żeby były tego warte, bo jak twój tata dowie się, że masz zamiar uwieść jego pracownika... - Ej, chwileczkę. Źle mnie zrozumiałaś. To on mnie uwiedzie. Tylko jeszcze o tym nie wie. - A czego się spodziewasz? Ma mięśnie, ale nie ma szarych komórek. Cassidy nie mogła uwierzyć. O czym ta Angie myśli? Czy ona naprawdę ma zamiar to zrobić? Z Brigiem? Zrobiło jej się niedobrze, ale nie dlatego, że Brig był robotnikiem ojca. Dlatego, że ktoś chciał się nim zabawić, a on o tym nie wiedział. Może niepotrzebnie się przejmuje. Przecież był dla niej niemiły. Jednak myśl o tym, że on i Angie całują się, dotykają i czulą do siebie, przyprawiła ją o mdłości. - Kiedy? - spytała Felicity, pochylając się bardziej. - Niedługo. Felicity uśmiechnęła się chytrze. - Nie domyśli się, co go czeka. Cassidy wystarczyło to, co usłyszała. Głośno kaszląc, przeszła przez altankę. Miała wrażenie, że jej bose stopy łomoczą o kafelki. Rozmowa ucichła. Angie i Felicity wymieniły znaczące spojrzenia. - Czemu się tutaj kręcisz? - Angie uniosła szklankę i z niezadowoleniem spojrzała na roztapiające się kostki lodu. - A jak myślisz? Chciałam popływać. - Nie sądzisz, że najpierw powinnaś wziąć prysznic? - Angie lekko zmarszczyła nos, patrząc na brudną skórę siostry. - Nie. - Cassidy nie miała zamiaru dać się wciągnąć w kłótnię. Przynajmniej nie teraz, gdy w uszach pobrzmiewały jej słowa Angie. Felicity zmierzyła wzrokiem obcięte, postrzępione na brzegach dżinsy Cassidy, smugi kurzu na nogach, bluzkę w czerwono-białe pasy, która rozchylała się ukazując kostium kąpielowy. Cassidy omal nie spłonęła rumieńcem. Natura nie obdarzyła jej tak hojnie jak obie dziewczyny. Od paru lat czekała, aż urosną jej piersi. Zaczęły się wprawdzie zaokrąglać, ale nic więcej. - Uważaj - ostrzegła ją Felicity. - Stary biedny Willie się tutaj kręci, żeby sobie za darmo popatrzeć. - Mówiłam ci, że jest niegroźny. - Angie zamieszała napój. Felicity przewróciła oczami. - Jest dorosłym mężczyzną z mózgiem dziesięciolatka. Wątpię, czy to niegroźne. Cassidy nie martwiła się Williem. Zdjęła bluzkę i dżinsy, związała włosy w koński ogon i wskoczyła do wody. Nigdy nie lubiła Felicity Caldwell i nie rozumiała, co Angie widzi w tym rudzielcu. Felicity nie dorównywała Angie urodą, ale była córką sędziego Caldwella, dobrego przyjaciela ich ojca. Rex i Sędzia - któremu naprawdę było na imię Ira, ale wszyscy nazywali go Sędzią, razem grywali w golfa, razem polowali i razem pili. Znali się od zawsze, więc ich córki wychowywały się razem. W dodatku Felicity zakochała się w Derricku i świata poza nim nie widziała. Cassidy wynurzyła się z wody, otrząsnęła włosy i zaczęła pływać. Felicity i Angie już nie było. Poszły pewnie porozmawiać na osobności o swoich sprawach. Cóż. Cassidy nie chciała już myśleć o Brigu i Angie i o tym, co będą robili, jeśli siostra dopnie swego. A co mogłoby ją powstrzymać? Nic. O Brigu McKenziem krążyły legendy. Sama Cassidy słyszała parę. Jeśli wierzyć plotkom z miasta, Brig McKenzie wygrzał więcej łóżek niż wszystkie koce w Prosperity razem wzięte. Cassidy nie wiedziała, ile w tym jest prawdy. Sama jednak zauważyła, że Brig jest zniewalający, męski i wyniosły. Słyszała, że jest niebezpieczny, a jego mroczna przeszłość jakby to potwierdzała. Niektórym znudzonym kobietom imponowały pieniądze, inne szukały odrobiny dzikiej namiętności. Cassidy miała wrażenie, że Brig McKenzie świetnie nadawał się do tej roli. Przeszły ją dreszcze, które nie miały nic wspólnego z temperaturą. Zła na siebie, zaczęła mocniej uderzać wodę rękami. Przepływała każdą długość basenu tak, jakby chciała pobić rekord. W końcu dotknęła brzegu i na wpół wynurzyła się z wody, usiłując złapać oddech. Wtedy go zobaczyła. Na krawędzi kamiennego kwietnika, z którego wyłaniała się głęboka czerwień i biel petunii, siedział Brig. Kolorowe kwiaty mocno odcinały się na tle jego brudnej, opalonej skóry i twardych mięśni. Przyglądał się jej uważnie. Po wielu godzinach pracy jego ubranie było brudne. Miał na sobie dżinsy i koszulę w kratę z podwiniętymi rękawami i rozpiętymi guzikami. Chciała zniknąć. Zapaść się pod ziemię. Ukryć się przed drwiącymi błękitnymi oczami. - Pomyślałem, że może chcesz wiedzieć, jak tam twój koń - rzucił. Jęknęła cicho. Serce łomotało jej jak oszalałe, ale wyszła z basenu z taką godnością, na jaką mogła się zdobyć. Stanęła przed nim, ociekająca wodą.
Susanna potrząsnęła głową. - Naprawdę nie wiem, jak ty to
- Ale śmiał się z ojca Cassidy. Mówił, że stary Buchanan chce zbawić świat i że daje pieniądze na zbożne cele po to, żeby zagłuszyć wyrzuty sumienia. - Nie... - odezwała się Cassidy. Chase nie zwrócił na nią uwagi. - Brig nie był ambitny. Często miewał zatargi z prawem. Chyba ma pan to w swoich dokumentach? - Za to nasz Baldwin był czysty jak łza. - T. John położył ręce na kolanach i wyprostował się. - Władze Alaski twierdzą, że nigdy nawet nie dostał mandatu za przekroczenie prędkości. Uwierzy pan? Jak to możliwe, żeby ktoś mieszkał gdzieś przez dwadzieścia lat, zarobił obrzydliwie dużo forsy i pozostał praktycznie niezauważony? - Pan myśli, że to Brig. - Całkiem możliwe. Cassidy czuła, że pot cieknie jej wzdłuż kręgosłupa. - A co z dokumentacją dentystyczną? - T. John podszedł do kominka i oparł się o zimne kamienie. - Nie mogę znaleźć żadnego dokumentu, z którego wynikałoby, że pan i pana brat chodziliście do dentysty. - Bo nie chodziliśmy. Nie było pieniędzy, za to mieliśmy zdrowe, mocne zęby. - Śmieszne. Baldwin też nie miał dentysty w Anchorage. Ani w Juneau, ani w Ketchikan, ani nigdzie, z tego, co wiemy. Nie mogę uwierzyć, żeby człowieka przez trzydzieści lat nie zabolał ząb. Ale cały czas szukamy. Szkoda, że miał rozwaloną szczękę i połamane zęby. Jak pan. - A co z odciskami palców? - Zdjęliśmy, co się dało. Miał prawie całkiem spalone ręce. Na razie nic nie wiemy. Cassidy nie mogła trzeźwo myśleć. - Brig siedział w więzieniu, tu, w Prosperity. Powinny być jakieś dokumenty. - To jest właśnie interesujące, pani Buchanan. Brigowi nigdy nie zdjęto odcisków palców. Ani razu. Był w więzieniu, dużo mu nagadali, nawrzeszczeli, dali po łapach, ale nigdy nie kazali zanurzyć palców w atramencie. Bo zawsze pomagał mu pani ojciec i jakiś śmieszny prawnik. Bardzo rozsądnie, prawda? - A Baldwin? - Nie ma żadnych dokumentów z wojska. Ani z więzienia. Nie ma odcisków. Jak powiedziałem, cholernie rozsądnie. Żaden krewny nie zgłosił się po jego ciało ani po pieniądze. Zgodnie z testamentem część pieniędzy dostaną pracownicy, żeby mogli wykupić tartak i przetwórnię ryb, jeżeli będą chcieli. Reszta ma iść na fundację na rzecz ochrony przyrody na Alasce, która powstała z inicjatywy Baldwina. W dokumentach nie figuruje jego nazwisko, ale wydawał mnóstwo pieniędzy na ten cel. - To na pewno nie mój brat. T. John się wzdrygnął. - Może się zmienił. Nieszczęście zmienia ludzi. Chase wydał gardłowy odgłos niedowierzania. T. John to zignorował. - Pomyślałem, że może go pan rozpozna, więc przyniosłem zdjęcia, które zdobyliśmy. - Pogrzebał w wewnętrznej kieszeni marynarki i wyciągnął szarą kopertę. Serce Cassidy zaczęło łomotać, kiedy zdjęcia, jedno po drugim, lądowały na biurku. Czy to był Brig? Starając się powstrzymać drżenie rąk, wzięła do ręki jedną fotografię i przyjrzała się jej dokładnie. Patrzył na nią nieufnie ciemnowłosy mężczyzna z zarostem i głęboko osadzonymi, zamyślonymi oczami. - Rzeczywiście, jest trochę podobny do Briga - przyznał Chase. - Powiedziałbym, że jest jak sobowtór. - Ale Baldwin nie miał brody. - Nie dziwi to pana? Na Alasce nosił brodę przez siedemnaście lat i zgolił ją, gdy miał się spotkać z panem. - T. John uśmiechnął się i potrząsnął głową. Potem wyjął kolejną kartkę. Szkic. - Jeden z naszych ludzi narysował faceta bez brody, próbując komputerowo zrekonstruować twarz, a potem porównaliśmy to ze zdjęciami pana brata. Problem w tym, że mamy tylko kilka zdjęć ze szkolnej księgi pamiątkowej. - Pan mówi poważnie? - Chase wpatrywał się w Wilsona. - Bardzo poważnie. Cassidy po raz pierwszy zobaczyła prawdziwe oblicze T. Johna. Uśmiechał się zarozumiale. Oczy mu nie błyszczały. Był zimny. Przemawiała przez niego jedynie ślepa ambicja. - Dlaczego pan chce za wszelką cenę udowodnić, że Baldwin to Brig? - Bo coś w tym jest. Pański brat uciekł z miasta po jednym z najstraszniejszych pożarów w historii Prosperity, a potem zjawił się po siedemnastu latach i zginął w pożarze bardzo podobnym do pierwszego. Użyto prawie identycznego zapalnika. Ciekawy zbieg okoliczności. Jeden wielki zbieg okoliczności. - T. John przetasował zdjęcia i spojrzał groźnie. - Poznałbym Briga. - Chase wziął do ręki czarno-białe zdjęcie Marshalla Baldwina i przyjrzał mu się badawczo. - Rozmawiał pan wcześniej z Baldwinem? - Tylko przez telefon.
- Co jeszcze?
Poszukiwacze nie musieli się go obawiać. Tamtej nocy w Guadalupe
pewien, czy rodzice w ogóle się pobrali. Jeżeli tak (w co wątpił), to na
przymiotnika, czasownika i przecinka. Jej kontakty z Diazem były już
an43
spędzała u rodziców w Ohio, jej brat Ross szorstko pouczył ją, że czas
procedura: nigdy nie wiedzieli, kiedy sytuacja wymagać będzie
pojęcia, jak bardzo się martwiliśmy...
spadają z nieba. Mamy ograniczony budżet. Oglądamy pięć razy

- Oczywiście.

68
niemal jak sport narodowy Enrique ryzykował więc nieco więcej niż
mówiła dalej - który najwyraźniej także interesował się tymi czterema,

- Nigdy nie działam sama - odparła, patrząc przed siebie. Jeszcze

niego spotkała Petera.
Zuzanna zadrżała. Była spocona, puls jej galopował... dlaczego?
na niego ze zdumieniem. - Myślisz, że do reszty zgłupiałem, bo gadam


- Czas na nas!
oczywiście nic im nie powiem. Idziesz także?
Położyć poduszkę na twarzy śpiącego. Przycisnąć. Mocno przycisnąć.